Powrót do siebie. Nie nowa. Prawdziwa.

Przez lata była szybka. Skuteczna. Zorganizowana. Zawsze w biegu, zawsze w napięciu. Zawsze „do przodu”.

Ale coś zaczęło się kruszyć. Nie spektakularnie. Cicho. Najpierw bezsenność. Potem brak radości. Potem to dziwne uczucie, że nawet wśród ludzi — jest sama.

Nie rzuciła pracy. Nie wyjechała w Bieszczady. Nie zaczęła nowego życia.

Zaczęła wracać.

Do siebie.

Codziennie rano parzy herbatę. Nie w biegu. Nie w kubku termicznym. W ulubionej filiżance, tej z odpryskiem na brzegu. Siada przy oknie. Patrzy. Nie scrolluje. Pisze kilka zdań. Nie dla publikacji. Dla siebie.

Zaczęła mówić „nie”. Zaczęła spać. Zaczęła słyszeć własne myśli.

Nie stała się nową wersją siebie. Stała się sobą.

Powrót do siebie nie jest rewolucją. Nie wymaga planu, deadline’u, strategii. To cichy akt odwagi. To decyzja, by przestać udawać, że jesteś kimś innym — nawet jeśli ten „ktoś inny” był przez lata Twoją codzienną maską.

To powrót do rytuałów, które Cię karmią. Do słów, które Cię budują. Do ciszy, która Cię słyszy.

Dziś wieczorem zapal świeczkę. Nie po to, by stworzyć nastrój. Po to, by przypomnieć sobie, że jesteś światłem. Nie dodatkiem do czyjegoś życia. Nie funkcją. Nie rolą.

Jesteś sobą. I to wystarczy.





Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

O kobiecości, sile i słowie

Ta kobieta przy stole